wtorek, 12 lipca 2011

Dyplom maj 2011


„Sojusz białych ścian”


Stoję w ogromnym białym pomieszczeniu. Czuję zapach wapna okrywającego ściany. Zastanawiam się , rozglądam, upewniam, że nikt nie patrzy.   
Podchodzę bliżej. 
Oblizuję wapno ze ściany.
Po chwili ktoś do mnie dzwoni. Pyta czy widzę wychodzące ze ścian mrówki.
Odwracam głowę.


Cztery palce. Skóra sinoróżowa, chropowata. Zimna.
Ostrożnie chwytam, kładę na jasnym prześcieradle. Przeraża mnie i fascynuje. Zamrożona to nie to samo, co świeża. Świeża to coś więcej niż żywa. Miękka, bezwładna.
Z obrzydzeniem ruszam jej palcami, porównuje do swoich.
Zwierzęca tkanka jest jeszcze bardziej zadziwiająca niż ludzka. Bo obca. Świńskie raciczki czy kurza łapka wstrząsają jak chore tkanki ludzkie, jak wysypka.


Jasnobrązowe ściany, błękitna podłoga. Za drzwiami widzę mnóstwo wyrastających włosków. Rozprzestrzeniają się na cały pokój.Siedzę przy dużym stole. Wokół jest sporo ludzi. Siedzą na krzesłach, przemieszczają się nerwowo, jakby zaraz miało się zacząć przedstawienie.Dostrzegam moje obrazy rozwieszone na ścianie. Orientuję się, że nie mam pracy pisemnej. Rozglądam się, myślę: "To dobry zestaw obrazów. ekspozycja jest ciekawa. Po co mi praca pisemna?"
Próbuje tłumić zdenerwowanie. Sięgam do kieszeni marynarki. Jestem gotowa.
„Sojusz białych ścian” -  czytam stronę tytułową.
Otwieram tekst. Ze zdumieniem stwierdzam, że jest napisany w języku rosyjskim. 

Niewielki szklany zbiornik. Hodowla wijących się organizmów. Wilgoć miesza się z oparami chloru. 
Czerwone pękające naczynka krwionośne. Rozprzestrzeniają się. Tego procesu nie da się zatrzymać.
Pochłania mnie cisza puszystego łóżka.

Zajęła moje miejsce . Jej twarz skupiona, nieobecna. Zapewne myśli o Diego. Kilka kłaków rozrasta się przenikając  wszystko dookoła.
Mówi, że ładnie dobieram kolory.

We wnętrzu znajdują się obrazy. Na środku eksponat, szklane akwarium wypełnione pełzającymi mrówkami. Gdzieś w rogu dostrzegam kopę ciemnych, sztywnych włosów. Nitkowaty, zrogowaciały, wyspecjalizowany twór naskórka. Występuje wyłącznie u ssaków, na powierzchni ich skóry". [1] 
Skóra pokryta nieskończoną ilością różowych kropek – różyczek. Wysypka. Pojawia się na ciele. Zapewne towarzyszy jej swędzenie, światłowstręt.

Przechodzę przez wąski, nieoświetlony korytarz. Pachnie ziemią.
Z podłogi wychodzą mrówki.
Patrzę z ukrycia.
Na ścianach obrazy Andrzeja Wróblewskiego, Fridy, Louise Bourgeois, Magritte'a. Są inspirujące. Przechodzę dalej, zachwycam się twórczością Roberta Campin'a, Jan van Eyck'a, Givanni Belliniego, 
Piero della Francesca, Brueghel'a. To malarstwo pochłania mnie bez reszty.
Mam mrówki na ramionach.

Niepostrzeżenie znalazłam się w przedpokoju. 
Brak powietrza. Na tle nagich ścian szafa. Kołdra pachnie stęchlizną.
Na stole szczotka z dużą ilością sierści. Leniwe czesanie grzbietu.
Rzepy przyczepione do swetra.

Szare ściany oświetlone lampką nocną. Pusto. Rozglądam się. Brakuje drzwi.
Czerwone, ciężkie kotary. Czarno - białe płytki ułożone w szachownicę. Słyszę delikatne szarpanie.
Na fotelu siedzi karzeł.


Pamiętam, że zasadziłam pestkę baobabu. Patrzę co z niej wyrosło. 
Delikatnie rozchylam soczyste, zielone liście. Patrzę z niedowierzaniem. Z zieleni wyłania się niedojrzały jeszcze pędzel. Ma kruche roślinne włosie, które chce się zgnieść.
Nikt nie chce mi wierzyć.
Rozchylam liście ponownie, dostrzegam dojrzały metalowy trzon.
 

Ostatniej nocy późno wróciłam.
„W tej czarnej gęstwinie parku, we włochatej sierści zarośli, w masie kruchego chrustu były miejscami  nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarności, pełne plątaniny, sekretnych gestów (…)” [2]

Miękkość materaca zachęcając do snu nie budzi zaufania.
Włosy mogą być wylęgarnią robaków, insektów, bakterii.

Może to mrowisko? Odczuwam niepokój. 
Powraca obraz opresyjnej ilości naczynek krwionośnych.Włosy narastają bez końca.
Brakuje mi tchu.


Przesiadam się z ławki do ławki.
Nigdzie nie mogę znaleźć sobie miejsca. W końcu, w rogu pokoju odkrywam wygodne i bezpieczne jak mi się zdaje łóżko. Postanawiam na nim usiąść.
Ogarnia mnie uczucie jakbym kiedyś już tu była.
Robię się sztywna z przerażenia.
Może schowam się pod łóżko?


Dostrzegam napis wyryty na metalowej tabliczce:
„Człowiek jednak musi mieć odwagę w ciemnościach swojego labiryntu zabłądzić, w tych bowiem ciemnościach dzieją się nieczyste czary, on zaś będzie je w stanie unicestwić jedynie wtedy, gdy nie będzie od nich uciekał, gdy ich w sobie nie zamuruje, gdy przed sobą roztworzy swoje piekło, miejsce wylegania się i zawiązywania owych czarów.”[3]





[1] http://pl.wikipedia.org/wiki/W%C5%82os
[2] Bruno Schulz, „Sklepy cynamonowe”, Wyd. Literackie, Kraków 1957, str. 85
[3] Marko Ristić „Dary nocy” w: „Przekleństwa wyobraźni”, Wyd. Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki, Kraków 2010